Rejs po Zatoce Gdańskiej

Ostatnio wybraliśmy się w rejs po Gdańskiej Zatoce. Wypłynęliśmy z mariny Błotnik na Martwej Wiśle wcześnie rano. O godz. 10:30 przepłynęliśmy pod Mostem 100-lecia Odzyskania Niepodległości Polski w Sobieszewie. Pogoda była piękna. Niebo bezchmurne. Powietrze lekkie i przyjemne. Idealny początek dnia. Po kilku minutach zorientowaliśmy się, że na pokładzie jest dodatkowy załogant. Na odbijaczu spał smacznie do góra nogami mały nietoperz. Mocno wczepiony był do materiału więc nie przeszkadzaliśmy mu w jego sennej rutynie.

Przepłynęliśmy obok przystani Górki Zachodnie i ujrzeliśmy Zatokę. Po lewej stronie widać terminal kontenerowy, a dalej Westerplatte. Płynęliśmy wiatrem pełnym z prędkością ok. 5 węzłów. Obserwowaliśmy horyzont i jednostki na wodzie. Było kilka jachtów żaglowych podobnych rozmiarem do naszej czyli 10 m długości. Widać było także statki towarowe. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Załoga zadowolona, w dobrych nastrojach.

Zbliżaliśmy się do Sopotu i zaczęliśmy mieć ochotę na drugie śniadanie. Postanowiłam wejść pod pokład żeby przygotować coś do zjedzenia. Niby stabilny wiatr bez większych przechyłów, a jednak pod pokładem dość chwiejnie. Pomyślałam sobie, że jakoś to przetrwam i dokończę robić te kanapki. I niestety, zemdliło mnie. Wyjrzałam do kokpitu. Rozdałam śniadanie, ale sama nie zjadłam. Postanowiłam to przeczekać. Wpatrywałam się przez jakiś czas na stały punkt gdzieś na lądzie, żeby przeszły mdłości. Na szczęście dość szybko mi to minęło, ale drugi raz przed wejściem do portu pod pokład nie weszłam.

Co jakiś czas zaglądałam do nietoperka czy aby wszystko u niego w porządku. Cały czas spał. Jakby fale, wiatr i woda w ogóle go nie dotyczyły. Czy zapadł w sen zimowy, w hibernację? Minęło trochę czasu i już niemal byliśmy przy Helu. Chcieliśmy jednak jeszcze popływać więc odbiliśmy nieco na wschód i znaleźliśmy się za półwyspem. Fala się zwiększyła i trochę mocniej powiało. W końcu poczuliśmy trochę żywiołu. Większa przestrzeń niż na Zatoce, wiatr we włosach i promienie słońca odbijające się od wody – przyczyna, dla której tu jesteśmy.

Po 3 godzinach pływania i cieszenia się ze wspólnego rejsu zaczęliśmy ostrzyć w kierunku portu Hel. Płynęliśmy pod wiatr więc prędkość spadła nam do 3 węzłów. Fale uderzały o burtę i znowu zaczęłam martwić się o zwierzątko. Zmienił miejsce i widać było, że już nie jest taki zaspany. Mocno się martwiłam czy nie wypadnie za burtę.

Widzieliśmy już wejście do portu dosyć dokładnie. Charakterystyczny budynek mocno przypominający cebulę to punkt orientacyjny wpłynięcia do Helu czyli Zarząd Portu Morskiego Hel. Zacumowaliśmy bez problemu. Idealnie zgraliśmy się czasowo z zachodem słońca. Było pięknie. Bardzo pięknie. Postanowiliśmy zgodnie z tradycją pójść do Kapitana Morgana. W soboty są tam szanty na żywo. Spędziliśmy tam trochę czasu i wróciliśmy na naszą łódkę. Tam jeszcze trochę posiedzieliśmy i zasnęliśmy. Oczywiście w nocy słychać było pisk i zgrzyt pomostów pływających oraz wodę odbijającą się o jachty, ale i tak uwielbiamy spać na łódce.

Wyjaśniając sprawę naszego zwierzątka pokładowego, to po przycumowaniu na Hel, spał sobie i nie chcieliśmy go przenosić w inne miejsce. Jak się ściemniło otworzył oczka, zaczął być bardziej aktywny. Jak wróciliśmy z Kapitana Morgana, już go nie było.